sobota, 17 kwietnia 2021

Najważniejszy samochód w moim życiu - FSO 125p 1500ME.

 Dobra , jestem już gotowy na ten wpis. Bardzo długo go odwlekałem. Chciałem napisać tą historię w zupełnie innych okolicznościach dopiero za jakiś czas.  Za chwile dowiecie się z jakich powodów. Pewne wydarzenie w moim życiu mocno przyspieszyło tę decyzję. To będzie bardzo osobisty wpis , swojego rodzaju hołd. Jeżeli ktoś nie ma ochoty dalej czytać , zrozumiem.

Ze swoim Tatą całe życie byłem bardzo blisko , od wczesnych lat dzieciństwa zabierał mnie wszędzie ze sobą. Jeździłem z Nim do pracy jak byłem małym chłopakiem , pracował w warsztacie samochodowym , wtedy jeszcze państwowym. To jest tylko mały przykład. Byliśmy zawsze nierozłączni , uczył mnie fachu , był złotą rączką. W gronie najbliższych znajomych krążyła o Nas ksywka "Ojciec i Syn". Jednak z pewnych powodów , a mieliśmy te same charaktery , nigdy ani ja od Taty nie usłyszałem , ani Tata ode mnie nie  usłyszał tego najważniejszego słowa. Mieliśmy problem z okazaniem sobie najważniejszych uczuć. Niestety ten stan rzeczy nie ulegnie już nigdy zmianie , gdyż 16 marca bieżącego roku mój Tata zmarł. Zawsze krępowałem się przed nim opisywać Go w różnych historiach na tym blogu. Nie wiedziałem czy to czyta , czy nie. Być może to zrozumiecie. Teraz już wiem , że czytał. Wstydziłem się nawet w tekście powiedzieć , że Był dla mnie bardzo ważny. Nie mam zamiaru nikogo nawracać , ale czas i sytuacja pokazały mi , że to był błąd , którego nie da się już naprawić.

Tym , którzy zdecydowali się na dalszą lekturę polecam przeczytać jeszcze dwa archiwalne wpisy (jeśli nie czytaliście). Stanowią one swojego rodzaju ciąg historyczny i znając je wszystkie łatwiej będzie Wam zrozumieć ten dzisiejszy. Są to: https://modele-slawka.blogspot.com/2020/07/najwazniejsze-samochody-w-moim-zyciu.html oraz https://modele-slawka.blogspot.com/2021/01/fso-polonez-szansa-na-cos-lepszego.html.

We wcześniejszych wpisach dowiecie się , że pierwszym rodzinnym pojazdem na czterech kółkach był Trabant 601. Ostatnio na potrzeby tego wpisu udało mi się wydobyć od Kolegi  zdjęcie mojego rodzinnego samochodu , które wykonano w 1995 roku przed Naszym blokiem. W samochodzie pozuje mój starszy brat , zobaczcie sami:





Z wpisu o Polonezie dowiecie się , że za wyremontowanie znajomemu jego auta otrzymamy "Dużego Fiata" koloru szarego jako część zapłaty za usługę. Tego Fiata będziemy mieli odnowić dla siebie. Właśnie pamiętam jak pewnego dnia Tata późno wrócił do domu. Obudził mnie i przekazał mi tą radosną dla mnie wiadomość. Fiat co prawda był w kiepskim stanie , mocno było słychać już panewki , ale była to wielka szansa na coś lepszego w rodzinie.

W końcu , gdy przyszedł moment na otrzymanie wynagrodzenia i tak nic nie było jeszcze pewne. Ojciec sam musiał ocenić , czy Nasz nowy nabytek ma szansę otrzymać drugie życie. Przyglądałem się temu i w duszy modliłem za powodzenie. Było to w 1999 roku. Nie było by tego wpisu , gdyby decyzja ta nie była pozytywna.

Ku mojej radości "Kredens" tak jak wcześniej Polonez Pana Olka trafił do znajomego blacharza poza miasto , do podbydgoskiego Mariampola. Fiat został rozkręcony do ostatniej śrubki i trafił na "kołyskę". Tę przykręcało się do kół samochodu i można było nim swobodnie obracać. Silnik natomiast po wyciągnięciu przewieźliśmy do Naszej piwnicy , gdzie został rozkręcony i poddany weryfikacji poszczególnych części. Większość nadawała się do wymiany , wał korbowy natomiast i blok silnika trafiły do firmy zajmującej się szlifem. Silnik był to pierwszy zespół Naszego przyszłego samochodu , który był już gotowy do użytku.

Po weryfikacji części blacharskiej , udaliśmy się do hurtowni , gdzie otrzymaliśmy wszystkie niezbędne części , które nadawały się do wymiany , albo można było je "tylko" wymienić , gdyż nie przewidziano części zamiennych. Nowe były płaty drzwi , progi , pas tylny. błotniki były sztukowane , tak samo podłoga i pas przedni , natomiast pokrywę bagażnika kupiliśmy używaną. Jak się później miało okazać , te nowe blachy były z ocynku.

Pamiętam , że zanim jeszcze cokolwiek było przy "Fiaciorze" zrobione ja już w euforii kupiłem do niego żółte halogeny pod zderzak i "okrągłe zegary" z ostatniego już wypustu "Dużych Fiatów". Pomógł mi wtedy Kolega z klasy , a uczęszczałem wtedy do "samochodówki".  Nie było o nie łatwo , dlatego , gdy syn Naszego blacharza przywłaszczył je sobie i spieniężył byłem wściekły i zrezygnowany. Mój Tata stanął wtedy na wysokości zadania i załatwił następne.

Ciężka była współpraca z moim Ojcem. Nie na darmo w ostatnim zakładzie , w którym pracował przed emeryturą otrzymał ksywkę "Krzykacz". Był bardzo nerwowy. Odczułem to już w momencie przygotowywania samochodu do blacharki oraz czyszczenia części , które nie miały być naprawiane , gdyż były sprawne. Tak było między innymi ze skrzynią biegów. Całą była w błocie , smarze i kurzu , które to pojawiły się przez lata eksploatacji. Czyściłem ją benzyną i szmatą zamiast najpierw użyć do tego celu skrobaka lub nawet śrubokręta. "Urwana głowa" to było mało co mnie spotkało.

Prócz negatywów o których jeszcze wspomnę , były i pozytywne sytuacje. Pojechaliśmy do sklepu z lakierami podjąć decyzję jaki kolor znajdzie się na Naszym samochodzie. Mnie bardzo mocno wpadła w oko "czerwień meksykańska" z palety barw Seata. Wyszliśmy z kwitkiem , gdyż lakier ten był za drogi i nie dostał aprobaty mojego Rodzica. Niespodzianką dla mnie było , gdy za jakiś czas Tata pokazał mi zakupioną puchę z lakierem jaki mi się zamarzył. Stwierdził , że nie mógł już dłużej znieść tego , że się do Niego nie odzywam.

W końcu po blacharce i lakierze nadszedł czas na montaż. Samochód przygotowany do montażu stał na warsztacie , a części leżały w osobnym magazynku. Często byłem wysyłany do niego po różne elementy. Dosyć często czułem się jak bohaterowie memów , gdzie Ojciec wyzywa ich "mi świecisz , czy sobie" itd. Zanim dobiegłem dosłownie do składzika już słyszałem : "Znalazłeś to k....". Tak było , ale dzisiaj z uśmiechem to wspominam.

Zanim jeszcze udało się złożyć wszystko do kupy , można już było uruchomić silnik. Po regulacjach zaworów i gaźnika (zapłon był już elektroniczny) można było usłyszeć piękną "Fiatowską" melodię. Jeżeli ktoś miał okazję słyszeć kiedyś jak pracował nowy motor w 125p , to właśnie dokładnie tak samo było z Naszym. Chodził jak pszczółka.

1 lipca 2000 roku nastąpił ten dzień , w którym zabraliśmy "Kredensa" do domu. Był deszczowy dzień , ale dla Nas był to dzień wyjątkowy. Byliśmy dumni , że jechaliśmy pojazdem , który nie był może cudem techniki , nie był wart też majątku ale był tym , w który włożyliśmy bardzo dużo serca. 


Zdjęcie zostało zrobione w sierpniu 2000 roku. FSO jest już trochę przybrudzony , co widać najbardziej po progach , więc nie widać całego efektu tak jak należy.

 To było auto , którym oprócz Poloneza Tata pozwalał mi jeździć po drogach publicznych jeszcze zanim zrobiłem prawo jazdy. Wiem , że może nie było to odpowiedzialne , ale tak właśnie było. Woziłem Ojca po całym mieście , mogłem jechać także do szkoły i nic na to nie powiedział. Miałem świetną praktykę przed pójściem na kurs prawa jazdy. Policji nie było wtedy tyle na drogach co teraz , więc obawy o zatrzymanie i kontrolę były o wiele mniejsze. Lakier na 125p mienił się tak bardzo w słońcu , że gdy jechałem z zimnym łokciem np. po Tatę do pracy zwracałem uwagę większości użytkowników dróg. Były to czasy , w których "Duże Fiaty" jeździły jeszcze dosyć często po ulicach.

Przykro Nam się zrobiło , gdy pewnego dnia zauważyliśmy duże wgniecenie na drzwiach kierowcy. Odpadło nawet kawałek lakieru i odsłonił się kawał gołej blachy. Okazało się , że ktoś na parkingu najechał na Fiata i uciekł z miejsca zdarzenia. Nie mieliśmy już siły , ani chęci by tę szkodę naprawić. Jeździliśmy tak do samego końca. Odsłonięta część blachy pozostała czysta , bez grama korozji , to właśnie wtedy przekonaliśmy się , że to był ocynk.

FSO 125p 1.5 ME - takie oznaczenie nosił Nasz skarb. Rocznikowo 1986. Elektroniczny zapłon , silnik AA z FSO Poloneza o standardowej mocy 75 KM , skrzynia już "piątka". W środku brązowa tapicerka. Po jakimś czasie zamontowaliśmy do niego instalację LPG i jazda stała się naprawdę przyjemnie tania.

Po uzyskaniu prawa jazdy często robiłem sobie wycieczki poza miasto podrzędnymi drogami , które wiodły przez lasy i różne ciekawe miejscowości. Przyjemnie jechało się z niskimi prędkościami rzędu 70 do 80 km/h. Bez pośpiechu typowego dla dzisiejszych czasów. Czerpałem wtedy garściami przyjemność z życia. Ach , szkoda gadać...

W mojej kolekcji mam tylko dwa "Duże Fiaty" , oba z KAP-u. Klasycznego białego sedana z początków produkcji z chromowaną atrapą chłodnicy oraz brązowe kombi przejściówkę. Do tego wpisu pasuje najbardziej sedan , który pojawił się w kolekcji DeAgostini jako 12 numer gazetki. Jest to jeszcze licencyjny Polski Fiat 125p. Z początku montowano w nich stacyjki umieszczone z lewej strony kolumny kierownicy. Podobnie jak w Ładzie oraz w Porsche. Dźwignia zmiany biegów znajdowała się jeszcze w kolumnie kierowniczej , zanim to powędrowała na tunel środkowy. W tylnej kanapie znajdował się wysuwany podłokietnik , po otworzeniu pokrywy silnika czy schowka zapalał się lampka. Te wszystkie smaczki znikały w poszczególnych latach a 125p stawał się coraz uboższy. Ciekawostką jest też to , że tylko w 1969 roku stosowano nalepkę na tylnej szybie ostrzegającą o wyposażeniu auta w hamulce tarczowe na wszystkich kołach.

Chociaż miniatura to wydanie gazetkowe to jestem z niej bardzo zadowolony. Podobnie jak opisywana kiedyś Warszawa Pickup , Fiat został przez DeAgostini starannie złożony i pomalowany. W mojej rodzinie były jeszcze inne "Duże Fiaty" i być może jeszcze o tym napiszę , dlatego postaram się o zakup żółtego  MR'83 również z DeA.

P.S. Możecie mi wierzyć bądź nie , ale po śmierci Taty , gdy chodziłem z głową "w chmurach" i zastanawiałem się , czy to jest ten moment , aby napisać wpis , który macie przed sobą , przejechał koło mnie na lawecie "Kredens" w szarym kolorze , takim jak nasz był przed remontem. Myślcie co chcecie , ale ja uznałem to za zgodę...













1 komentarz:

  1. Hermoso el FSO 125p 1500ME, pero más aún la historia sobre la relación entre tu papá y tú. Cuando el mío falleció allá por 2005 me di cuenta que nos habían quedado pendientes tantas cosas por charlar y vivir juntos. Ya es tarde, pero él siempre vive en mis recuerdos y desde algún lugar del universo me observa.
    Abrazo!

    OdpowiedzUsuń