Archiwum bloga

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Najważniejsze samochody w moim życiu. Część 3 - Skoda Felicia Pick-up.

Zapewne myślą Państwo : jak to , Skoda i to jeszcze pick-up , najważniejszy samochód w życiu?! Jeżeli z jej powodu czułem się bezsilny i bliski załamania nerwowego , to tak , na pewno do takiej kategorii się zalicza. Nie wszystko co najważniejsze musi być najpiękniejsze. W życiu trzeba pamiętać o dobrych i złych emocjach. O przeżyciach wspaniałych i tych dających nauczkę na całe życie , czasem bolesną. Taką początkową szkołę dojrzałości nie dała mi matura , czy służba wojskowa. Dostałem ją od prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej w Naszym Kraju oraz od dwóch egzemplarzy Felicii Pick-up 1.3 MPi.



W moim życiu przyszedł taki moment , w którym nie bardzo wiedziałem jaka jest moja wartość na rynku pracy oraz jakiego szukać na siebie pomysłu. Nie ryzykowałem więc. Mój pracodawca chciał zrezygnować z firmy , w której był podwykonawcą - wypowiedzieć umowę współpracy. Jeżeli domyślają się Państwo to ta współpraca dotyczyła także i mnie , w końcu byłem kierowcą u tego Pana. Zaproponował mi abym to ja przejął po Nim obowiązki. Wiązało się to z założeniem firmy i podjęciem współpracy z tamtym zakładem. Była to jedna z firm kolportujących prasę , a więc praca w nocy. Jako , że już to robiłem dla mnie zmiana polegała by tylko na tym , że teraz pracował bym na własny rachunek. W zasadzie to już po krótkim czasie przekonałem się , ze nie była to dobra decyzja. Pomoc od mojego starego już pracodawcy polegała na tym , że w raty odsprzeda mi Felicię z instalacją gazową , którą to jeździłem dla niego od jakiegoś czasu.

Po pierwszej fakturze od firmy , dla której świadczyłem usługi , przekonałem się , że mój poprzednik nie był ze mną do końca szczery. Ledwo starczyło na zatankowanie samochodu (dziennie pokonywałem około 300 km) , a gdzie ZUS , VAT , w końcu gdzie pieniądze dla mnie?!

Ze Skody początkowo byłem zadowolony , była łatwa w naprawie , ceny części były niskie. Prócz Felicii miałem jeszcze samochód osobowy , który to w razie problemu służył mi jako transport zastępczy. Najbardziej bolały mnie jednak jakieś sytuacje awaryjne, jak zderzenie z jeleniem , czy wandale , którzy urządzili sobie na pace Skody pijalnie piwa i wina. Wyłamując tylne drzwi z plastikowej nadbudówki uszkodzili zawiasy. Jeden zawias kosztował wtedy 500 zł. Byłem załamany , gdyż już wcześniej zdążyłem się zapożyczyć u znajomych , aby załatać budżet firmowy. Tak to wyglądało , że gdy otrzymywałem wynagrodzenie , najpierw spłacałem długi , później wydatki na paliwo , podatki do Skarbu Państwa i nic już nie zostawało. Znowu zataczałem koło - pożyczki u znajomych...

Pewnym ratunkiem dla mnie była wiadomość z banku. Mogę bez zaświadczeń wziąć kredyt cztery tysiące złotych. Zdecydowałem się i kupiłem drugą Skodę Felicię , również białą , ten sam dychawiczny silnik i również z instalacją gazową. Początkowo odczułem ulgę. Jedna Skoda miała założone nowe opony i akumulator , druga całkiem zużyte opony i stała pod firmą , czekając aż zepsuje się ta druga. W takim przypadku podmieniałem tylko te części pomiędzy Skodami i jechałem dalej. Problemy jednak długo nie kazały na siebie czekać. Pewnej zimy , chyba 2010 roku , w tygodniu , w którym non stop temperatura nie schodziła poniżej -30 stopni Celsjusza obie Skody nawaliły. W jednej awaria dotyczyła skrzyni biegów , w drugiej ogrzewania. Gdy w nocy wychodziłem z domu , aby udać się do pracy prawie płakałem. Taki mróz a ja bez ogrzewania. Zapytacie pewnie dlaczego tego nie naprawiłem? Z braku pieniędzy , a z drugiej strony próbowałem nawet umówić się z różnymi mechanikami , ale nikt nie miał czasu. Byłem wtedy namiętnym palaczem papierosów. Pół biedy gdy jechałem w trasie , było jeszcze znośnie, w jednej ręce papieros , w drugiej skrobaczka do zamarzającej od środka szyby. Gorzej , gdy musiałem w miejscowościach zatrzymywać się by zostawić prasę w kioskach. To była moja tragedia. 

Na obronę mogę powiedzieć , że moje Skody nie miały łatwego życia. Wiecznie obładowane , szorowały zadem po ziemi , do tego nie miałem lekkiej prawej nogi. Ponadto zadowalało mnie spalanie LPG i naprawdę nieskomplikowana budowa , która pozwalała na w miarę łatwą obsługę. Trasę pokonywałem dziennie za około 50 zł. Dla porównania następnym salonowym już autem z silnikiem wysokoprężnym taka przejażdżka kosztowała już 130 zł. Salonowe auto stało się przymusem , większość kosztów leasingu pokrywała firma z którą współpracowałem , nie wziął bym , stracił bym pracę. Po czasie żałowałem , że nie zrezygnowałem. Cóż strach przed takimi decyzjami nie pozwalał mi ryzykować.

Moje Skody były wersjami przed liftingiem. Produkowano je w latach 1995 do 1998 roku , kiedy przeprowadzono facelifting , głównie przedniej części karoserii. Taką zmodernizowaną odmianę produkowano do 2001 roku. Obie rocznikowo równolatki - 1997 rok. Silniki miały 68 KM i na trasę w aucie , które szorowało tylną częścią nadwozia po jezdni nie nadawały się w zupełności. Z kolei był to silnik o konstrukcji przypominającej budowę cepa. Był tak prosty , że łańcuszek rozrządu , który powinien być wymieniony przy 60 tysiącach kilometrów , wymieniałem dopiero po około 150 tysiącach. Pamiętam , że było go bardzo mocno słychać , ale nawet po zerwaniu nie zagrażał spustoszeniem w silniku. W Pick-upach były jeszcze dostępne silniki benzynowy 1.6 oraz wolnossący wysokoprężny 1.9 o mocy 64 KM.

Miniatura Felicii Pick-up jest doskonałym produktem firmy Abrex. Dosłownie w każdym szczególe odwzorowuje moje Skody , łącznie z kolorem karoserii. Kupowałem ją na Allegro kilka lat temu , w starej jeszcze cenie 70 zł. Teraz te miniatury są zauważalnie droższe. Nie lubię specjalnie rozpisywać się o samym modeliku , ale powiem tylko , że w moich gablotach zawsze znajdzie się dla niej miejsce. Przypomina mi ona o naprawdę trudnych dla mnie czasach...

P.S. Ten wpis dedykuję Rodzicom. Naprawdę mi wtedy bardzo pomagali. Dziękuję!










piątek, 26 czerwca 2020

5.Peugeot 406 Coupe - gdy Francuzi marzą po Włosku.

Codziennie mam okazję widzieć przejeżdżający gdzieś koło mnie lub zaparkowany samochód marki Peugeot z lat dziewięćdziesiątych. Nie przyciągają specjalnie uwagi , nie powodują odruchu oglądania się za nimi na ulicy. Wreszcie nie powodują u mnie chęci posiadania , zazdrości w stosunku do właściciela takiego Peugeota. Powiedzmy sobie szczerze , kto z Państwa nie uważa podobnie?!

Od jakiegoś czasu przejeżdżam codziennie koło pewnego serwisu samochodowego. Na jego parkingu stoi zaparkowany Peugeot ich mechanika. Pomimo , że w chwili debiutu w 1996 roku ten samochód nie szokował stylizacyjnie jak na przykład Audi TT , czy Ford Focus , to nadal się podoba , nadal przyciąga wzrok i nadal jest aktualny , nie odróżnia się specjalnie od innych współczesnych aut. Samochody , które szokowały przy debiucie , takie jak wyżej wymienione miały być pociągające i aktualne za "X" lat. Tak zapewniali ambasadorzy tych marek. Jednak jak dzisiaj wygląda Audi TT pierwszej generacji?! Bez obrazy , ale wygląda na auto za pięć tysięcy. Zgadli już Państwo o jakim aucie dziś mowa?


Samochodem , który pomimo tego , że jest Peugeotem z lat '90 i powoduje u mnie efekt odwrócenia głowy na ulicy jest 406 Coupe. Zaprezentowano go na Międzynarodowych Targach Motoryzacyjnych w Paryżu pod koniec 1996 roku. Pokazano tam wtedy także Forda Mondeo pierwszej generacji po faceliftingu , Volvo pokazało model C70 , Ferrari debiutowało z 550 Maranello , Alfa Romeo zaprezentowało koncept Novola. Renault przyjechał z nowym Espace i Megane Cabrioletem. Skoda chwaliła się Octavią. Coupe Peugeota było bardzo dynamiczne i wyróżniało się charakterem w stosunku do sedana 406 pokazanego po raz pierwszy w 1995 roku. Zapewne te "ochy i achy" dla bohatera tego wpisu biorą się z jego włoskich korzeni. Karoserię zaprojektowała firma Carozzeria Pininfarina z San Giorgio Cannavese , a dokładniej Lorenzo Ramaziotti odpowiedzialny między innymi za bardzo podobne w rysunku Ferrari 456GT. Brnąc dalej w historię tego projektu natrafiamy na legendę , którą trudno zweryfikować. Podobno , gdy Peugeot zgłosił się do Pininfariny to karoseria 406 Coupe już istniała, był to odrzut Ferrari w postaci pierwotnego 456. Podobnie było z Daewoo Leganzą , która pierwotnie miała być Jaguarem. Przeglądając archiwalny "Moto Magazyn" Nr.12/1996 natrafiłem na reportaż redaktora naczelnego Piotra R. Frankowskiego z ww. targów , który pisze : "Zaprojektowany przez Pininfarinę Peugeot 406 Coupe naprawdę przypomina Ferrari". Może jest w tym ziarnko prawdy...

Niestety Peugeot nie obył się bez małej skazy. Gdy otworzymy drzwi , to prócz wspaniałych wyprofilowanych foteli , przeważnie pokrytych skórą zobaczymy także standardową , NUDNĄ deskę rozdzielczą sedana 406. Do całokształtu brakuje jeszcze "emeryciarskiej" czteroramiennej kierownicy. Myślą Państwo , że obyło się bez niej? Rozczaruję Was , to znaczy Peugeot rozczaruje!

Peugeot 406 Coupe w 2000 roku przeszedł odmładzanie w postaci faceliftingu. Według mnie nie był wcale potrzebny , zmienił wyraz "twarzy" Naszego bohatera , w zasadzie zmienił go w brak wyrazu... W oczy rzuca się przedni zderzak z trzema poprzecznymi , chromowanymi listewkami. We wcześniejszych wersjach była tylko czarna kratka. Reasumując przedliftingowe Coupe wygląda jak wściekły lew , temu wygładzonemu dodano szyderczy uśmiech.

Chcąc napisać kilka słów o dostępnych silnikach napiszę , że dla mnie istnieje tylko 3.0 V6 o mocy 194 KM i cała reszta. Motor ten był dostępny w okresie od debiutu do 2000 roku. Dużo palił , ale był dynamiczny. W latach '90 po ulicach nie jeździło przeważnie nic z większymi silnikami , chyba , że stać było kogoś na jakieś "S500". Poza tym nie trzeba było się obawiać , że spod świateł wyprzedzi Nas jakieś 1,2 z dwiema turbosprężarkami. Dla porządku dodam , że były także 2.0 i 2.2 16V i 2.2 HDI Z FILTREM CZĄSTEK STAŁYCH , których nikt wtedy nie potrafił obsługiwać. Poza tym były to czasy , gdy prestiż nie do końca szedł jeszcze w parze z dieslem pod maską coupe , czy kabrioletu.

Pierwszą miniaturę Peugeota 406 Coupe oglądałem na Ogólnopolskiej Giełdzie Modeli im. Sławoja Gwiazdowskiego w Warszawie. Był to czarny modelik z czarnym wnętrzem. Sprzedawca proponował 250 zł i ceny nie chciał w żaden sposób obniżyć. Na szczęście dla mnie. Rok później na jednym z portali aukcyjnych natrafiłem na pięknego zielonego "Lwa" z bananowym wykończeniem wnętrza. Producentem modelika jest firma "Minichamps". Niedawno doszło do ponownego wypustu tych modeli pod marką "Maxichamps" , są one jednak dostępne tylko z jednolitym czarnym wnętrzem. Co do barwy nadwozia , to jestem zdania , ze Coupe Peugeota najlepiej wygląda w ciemniejszych kolorach , np. takich jak mój zielony , w odróżnieniu do Fiata Coupe , który wspaniale wygląda w jaskrawych ciepłych barwach. Mój modelik w niektórych miejscach jest odrobinę zalany farbą , ale dla mnie jest idealny. Kosztował mnie 199 zł.














piątek, 19 czerwca 2020

4.Alfa Romeo 156 - marzenie o bogactwie.

                 Pisanie bloga o tematyce związanej z samochodami nie jest wbrew pozorom łatwą czynnością. Lubię pisać posty z cyklu "Najważniejsze samochody w moim życiu". Problemy zaczynają się , gdy przyjdzie opisać modelik samochodu , z którym nigdy nie miało się do czynienia. Pomocne są wtedy jakieś poboczne wątki , sytuacje , które pamiętamy z życia i być może w jakiś sposób ścierają się i łączą w jakiś sens. Alfa Romeo 156 jest samochodem , który w pewnym sensie jest dla mnie ważny , ale postanowiłem jednak , że z pewnych względów nie zaliczy się do mojego ulubionego cyklu wpisów. Jednym z takich powodów jest chociażby to , że było to krótkotrwałe zauroczenie tym autem , drugim natomiast powodem może być to , że nie posiadała go żadna osoba którą znam i historię której mógł bym przy tej okazji przedstawić.

                 Pod koniec 1997 roku , w październiku , na Salonie Samochodowym we Frankfurcie Alfa Romeo pokazała coś co pomogło bez wątpienia upiększyć Świat. To coś było tak silne w swoim charakterze i stylu , że nie można było pomylić go z produktem innych marek samochodowych. Duże "Scudetto" będące osłoną chłodnicy , centrum przodu samochodu , jest niczym innym jak "DNA" marki , znakiem rozpoznawczym. Z włoskiego "scudo" to znaczy tarcza , tutaj w kształcie sferycznego trójkąta. Przechodzi wyraźnymi liniami przez maskę samochodu nadając mu dynamiki , ale nie agresji. Przednie klamki chromowane  z tyłu schowane w ramkach szyby wizualnie upodabniając auto do coupe. Był to model 156 , którym Alfa Romeo złapało swieży oddech. Był to też oddech , który pozwolił odetchnąć firmie finansowo. Deska rozdzielcza była acydziełem. Dwie tuby skrywające wskaźniki tylko dla kierowcy. Konsola środkowa skierowana we właściwą stronę. Fotele zawsze sportowe , z wyraźnie zaznaczonymi boczkami. Skóra , zamsz , do wyboru do koloru. Kierownica trójramienna drewniana lub obszyta skórą. Alfa 156 zrobiła wrażenie na wszystkich , szokowała , ale pozytywnie. Gdy spotkałeś ją na ulicy była jak kobieta za którą nie potrafisz się nie obejrzeć. To wszystko dzięki Walterowi da Silva , który swoją przygodę z projektowaniem zaczynał dla Fiata - projektem deski rozdzielczej Polskiego Fiata 125p MR75. Po Fiacie przyszła kolej na Alfy Romeo. Zawdzięczamy mu między innymi także modele 145/146 oraz 166. Co ciekawe 156 po liftingu to już jest dzieło Giugiaro.

                Na początku 1998 roku zaczęły pojawiać się w czasopismach pierwsze testy różnych wersji i odmian 156. Pamiętam "Moto Magazyn" , w którym całą okładkę zdobiło "scudetto" Alfy Romeo 156. Oddziaływanie tego samochodu na mnie było tak silne , że cały wolny czas poświęcałem na czytanie tych testów i oglądaniu zdjęć. Byłem zafascynowany i rozmarzony , zupełnie tak jak z innym moim motoryzacyjnym marzeniem , które objawiło się dwa lata później , ale o tej historii innym razem. Póki Alfa nie pokazała w 2001 roku 250 konnego modelu 156 GTA moje serce skradła wersja z silnikiem 2.5 V6 24V i sześciobiegową skrzynią. Miała i tak nadmiar mocy , 190 KM w zupełności by wystarczyło. Upodobałem sobię pakiet ospoilerowania , który Alfa miała w swojej ofercie. Prócz zderzaków i progów charakerystycznym dla niej elementem był tylny duży spoiler. We wnętrzu wymarzyłem sobie czarną skórę i czarne tarcze zegarów z czerwonym podświetleniem. Model , który sobie upodobałem w podstawie kosztował minimum 100 000 zł. Złotówka miała wtedy inną wartość i napewno dzisiaj ta Alfa była by o wiele droższa.

                   Wracając jednak do tytułu mojego wpisu chciałbym wytłumaczyć Państwu jego sens. Otóż w chwili , w której to piękne auto pojawiło się na rynku miałem trzynaście lat i nie mogłem sobie pozwolić na urealnienie mojego marzenia. Na szczęście mój Tata podzielał moje zamiłowanie do 156 , ale niestety nie było stać Nas na taki dobrobyt. Jeździliśmy wtedy jeszcze Trabantem 601 o którym także przyjdzie czas opowiedzieć. Wyjście było jedyne choć nie pewne w realizacji. Zacząłem namiętnie grać w "Dużego Lotka". Zawsze przed losowaniem czułem się jak przyszły milioner. W głowie miałem tylko marzenia , Alfa , własny dom...  Cóż , w "Totka" nigdy nie wygrałem , ale pomarzyć fajna rzecz...

                   Modelik Alfy Romeo 156 , który posiadam to produkt firmy "Minichamps". Przedstawia standardową odmianę tego samochodu z silnikiem co najwyżej 2.0 Twin Spark. Niżej w ofercie były już tylko 1.6 TS i 1.8 TS nie licząc turbodiesli. Poziom merytoryczny modelika jest doskonały , co zresztą nie dziwi , ale też nie jest pewnikiem. Miniatura kosztowała mnie 150 złotych. W pełni spełnia moje oczekiwania.

                                                           













                    

                 

wtorek, 16 czerwca 2020

3.Najważniejsze samochody w moim życiu. Część 2 - Citroen GS.


                     Dzisiejszym wpisem chciałbym podjąć kontynuację serii "Najważniejszych samochodów w moim zyciu". Dotyczyć będzie historii człowieka i samochodu.

                     Wracając do okresu mojego dzieciństa nie sposób zapomnieć mi epizodu , w którym brał udział jeden z moich sąsiadów oraz jego samochód  Citroen GS. Jako , że nie był to pierwszy pojazd tej francuskiej marki w Jego życiu ( a także nie ostatni ) otrzymał od naszej "podwórkowej ferajny" przezwisko "Fransua". W początkowej fazie mojej znajomości z tym człowiekiem , kiedy wydawało mi się jeszcze , że jest normalny , spędzałem z Nim trochę czasu. Powodem tej "przelotnej znajomości" była moja pasja do samochodów , a sąsiad całe dnie spędzał na naprawach swojego wiecznie psującego się Citroena. W pamięci pozostał mi widok ciągle wyciąganego silnika typu boxer , chłodzonego powietrzem i reperacji wykonywanych na podwórku przed blokiem. Nie ważne czy była to niedziela , czy były to Święta. W zasadzie to kto w dzisiejszych czasach nie boi się chociażby umyć samochodu w innym miejscu jak na myjni , a wtedy takie rzeczy się działy na oczach wszystkich mieszkańców. Słuchałem różnych historii na temat tego Citroena , o bębenkowym szybkościomierzu oraz o wskażniku , który na podstawie prędkości potrafił wskazać przybliżoną drogę hamowania pojazdu. Niestety także większość historii okazała się tylko "bujdą na resorach". Znajomość i życie w zgodzie z Fransua trwały do momentu , gdy zauważyłem , że reszta moich kolegów zarówno tych młodszych jak i starszych nie dogaduje się z Nim , a wręcz przeciwnie - prowadzi podwórkową wojnę. Bywały takie momenty , w których gonił mojego starszego brata z młotkiem w ręku. Donosił na Policję na innych sąsiadów samemu nie będąć w porządku i łamiąc podstawowe zasady współżycia z ludzmi. W końcu dowiedziałem się , że zwolniono Go z pracy za to , że groził wysadzeniem swojego zakładu , a pracował w gazowni. Było o tym głośno. W późniejszym czasie dłubał jeszcze przy innym swoim samochodzie - Citroenie GSA , a następnie ucichł już przy Saxo - był chyba bezawaryny.

                      Skoro mowa o "człowieku i samochodzie" wypada też kilka słów wspomnieć o pojeździe naszego "bohatera". Model GS powstawał w okresie , w którym Citroen należał do Maserati. W tamtych czasach często zmieniał właściciela. Był też własnością Michaelina i DeTomaso. W czasach Maserati nadwornym projektantem Citroena był Robert Opron. Jego dziełem był też kosmiczny Citroen SM z silnikiem V6 z Maserati Merak. Samochody powstały w jednym czasie i wspólnie zostały zaprezentowane na salonie w Genewie w 1970 roku. GS może poszczycić się tym , że w następnym sezonie otrzymał międzynarodowy tytuł "Samochodu Roku", oraz tym , że był najmniejszym samochodem z zawieszeniem hydropneumatycznym , które miało notabene trzy poziomy ustawienia wysokości. Ostatni najwyższy nazywany był poziomem serwisowym i służył do zmiany koła także bez użycia podnośnika oraz do weryfikacji poziomu płynu hamulcowego. Citroeny GS i GSA były klasyfikowane jako ąuta klasy średniej pomiędzy małym 2CV a luksusowym DS. Silniki natomiast były małe i dychawiczne o pojemnościach 1.0 , 1.1 i 1.3 litra. W 1973 roku Citroen miał także krótką i nieudaną przygodę z silnikiem Wankla. Model ten był nazwany GS Birotor i był najmocniejszy  - miał 107 KM.

                       W osobnym akapicie mam zamiar wyjaśnić Państwu różnicę pomiędzy modelami GS oraz GSA , który jest po prostu faceliftingiem z 1979 roku. Zmiany polegały głównie na wymianie metalowych zderzaków i klamek na plastikowe i tylnych lamp na większe. Jednak najważniejsza zmiana dotyczyła tylnej pokrywy bagażnika , teraz otwierała się w całości z tylną szybą.

                       Gdyby nie historia z sąsiadem zapewne nigdy nie zwrócił bym uwagi na ten model Citroena i nie był by on tym samochodem , którego modelik chciałbym posiadać w swojej kolekcji. Długo zajęło mi szukanie odpowiedniej miniatury. Swego czasu dostępny był GS w rajdowej odsłonie. Po kilku latach nagle pojawił się niebieski modelik Norev i tak samo nagle zniknął z oferty. Na szczęście w porę się zdecydowałem , właściwie tego samego dnia i już od dłuższego czasu gości u mnie w gablocie na jednej ze szklanych półek. Modelik spełnia moje oczekiwania. Jest naprawdę dobrze i starannie wykonany , lakier jest równo położony , a sam merytoryczny poziom miniatury doskonały. Być może jeszcze kiedyś dokupię wersję GSA. GS-a w skali 1/43 zakupiłem w atrakcyjnej , standardowej cenie dla tego producenta - 125 PLN. 

P.S. Na jednym ze zdjęć GS stoi ze wspomnianym wyżej Citroenem SM.

                                                                     








piątek, 12 czerwca 2020

2.Fiat Coupe - przeprosiny dla Pana Chrisa Bangle'a.

        Jeszcze około dwudziestu lat temu , na początku XXI wieku moje zainteresowanie motoryzacją dotyczyło głównie samochodów polskich i nowoczesnej motoryzacji światowej. Śliniłem się na Mercedesy , Porsche i inne drogie auta. Young - i oldtimery w ogóle nie miały dla mnie znaczenia. Na szczęście po latach , z wiekiem , dojrzałem do tej gałęzi motoryzacji i cenię ją najbardziej. Mogę powiedzieć nawet , że teraz samochody , które aktualnie wchodzą na rynek nie są obiektem mojego zainteresowania. W tych dawnych latach nie zwracałem także uwagi na to kto przyczynił się do tego , ze jakiś wspaniały samochód ujrzał światło dzienne , dzięki komu mogę się cieszyć jego kształtem i piękną linią. Było tak do czasu...
       
          W roku , w którym otrzymałem ukochane prawo jazdy kategorii "B", w czasach , w których    myślałem jeszcze , że zawojuje świat , firma Bmw dokonała przełomu i pokazała coś co zabolało purystów tej marki. Było to w 2001 roku. Zabolało i mnie. Wpatrzony w klasyczne piękno Bmw  serii 7 E38 , czekający na jego godnego następcę , rozczarowałem się. Pierwszy raz miałem ochotę  poznać tego , który przyczynił się do powstania tego samochodu - Bmw E65. Zobaczyć go i wykrzyczeć w twarz : " co Ty żeś najlepszego człowieku zrobił". Byłem wściekły. Jak Bmw mogło się zgodzić na takiego "bubla"?! Dla mnie winien był tylko jeden. Tym kimś był Chris Bangle.
 
           Pewnego razu czytając magazyn "Top Gear Polska" natrafiłem na artykuł dotyczący jednego z moich ulubionych samochodów - Fiata Coupe. Z niedowierzaniem wyczytałem w nim, że projektantem tego samochodu był Chris Bangle. Szukając wiedzy na ten temat ,  dowiedziałem się z innego żródła , że wygrał on z projektem Pininfariny. Najbardziej charakterystyczne cechy tego nadwozia to "żabie oczy", aluminiowy wlew paliwa , przecięcia na błotnikach i unoszona w całości z przednimi błotnikami pokrywa silnika. Dawała świetny dostęp do silnika. Moim faworytem była zawsze jednostka dwulitrowa , dwudziestozaworowa z turbodoładowaniem. Nie na darmo Fiata Coupe nazwano "Ferrari dla ubogich". Oczywiście przydomek ten w niczym mu nie uwłaczał.  Z projektu Pininfariny pozostawiono tylko skądinąd przepiękne wnętrze.  Deska rozdzielcza w formie kawałka metalu w kolorze nadwozia z zagłębionymi w niej wskaźnikami.

            Ciekawe jak pracę projektantów auta i inżynierów oceniali dziennikarze w czasach jego świetności? W trzy miesiące po debiucie , Fiata Coupe ze słabszym silnikiem 2.0 16V Turbo testował słynny kiedyś "Magazyn Auto" z TVP2. Jego testerzy określili bryłę i kształty nadwozia jako "jedyne w swoim rodzaju". Wnętrze jako funkcjonalne i sportowe. Cechy trakcyjne oceniano bardzo pozytywnie , na tle konkurencji. Pozwolę sobie zacytować słowo w słowo jak Fiacika podsumował autor testu: "Naprawdę liczy się jednak subiektywne odczucie kierowcy. I tu Fiat wydaje się przewyższać konkurentów. Człowiek lubi wsiąść do takiego auta , czuje się w nim dobrze i bezpiecznie , a te ułamki sekund... , cóż codzienna jazda po drogach to nie wyścig".

            Modelik Fiata Coupe nie jest osiągalny od ręki. Z cywinych Fiacików odwzorowanych w skali 1:43 znam w zasadzie produkt firmy "Norev" - Coupe w kolorze "Black King" i żółtego z "Edisona". Właśnie w swojej kolekcji posiadam takiego żółtka , kolor chyba najbardziej odpowiedni dla tego samochodu. Bardzo długo się na niego decydowałem , gdyż bolała mnie kwota jaką trzeba było za niego wyłożyć. W końcu serce zabiło mocniej , ręka drgnęła i zamówiłem. Zapłaciłem 250 złotych.

P.S. O jednym bym zapomniał: Panie Bangle , przepraszam za to , że wyzywałem Pana za Bmw. Nie wiedziałem , że dał Pan Światu Fiata Coupe. 

                                                                       










czwartek, 11 czerwca 2020

1.Najważniejsze samochody w moim życiu. Część 1 - Syrena.


   Rozpoczynając pisanie tego pierwszego mojego posta zacznę od postawienia pytania na które sam nie znam odpowiedzi. Co spowodowało , że samochód uważany przez większość Polaków za szkaradę i "nie samochód" tak bardzo mi się podoba i od zawsze jest obiektem mojego motoryzacyjnego porządania? W dodatku najbardziej piękne są dla mnie te egzemplarze , których stan określa się jako "zachowania" lub popularnie ostatnio "barn find". Po prostu uwielbiam "zapyziałe"i zgniłe Skarpety. 
   
     Z wczesnego dzieciństwa pamiętam jak moja mama na kartce rysowała mi Syrenki. Innego samochodu nie potrafiła chyba odwzorować , ale ten wychodził Jej doskonale. Późniejszy czas to spacery z dziadkiem po rozległych okolicach jego miejsca zamieszkania i odnajdywanie różnych wraków samochodów. Największą radość sprawiały mi oczywiście odnajdywane wraki Syren. Wyglądało to prawie jak teraz w niektórych grach na konsole , gdzie można odnaleść w stodole porzucony i zniszczony samochód i następnie go odnowić. Taką grą jest np. "Forza Horizon 4" , w którą gram z zamiłowaniem. Dziadek pomógł mi nawet zrobić mapkę na której nanosiliśmy krzyżyki , które odpowiadały lokalizacji tych niechcianych pojazdów. Na przełomie lat '80 i '90 było tego naprawdę bardzo dużo , nawet na moim osiedlu mieszkalnym mieliśmy kila takich "niedobitków" , w których lubiłem się bawić. Złomowiska samochodowe aż piętrzyły się pod niebo od róznych "sto czwórek" , czy "sto piątek". Nikt wtedy nie pilnował bawiących się tam między samochodami dzieci , świat był trochę prostszy , mieliśmy więcej swobody.
 
        Dorastałem i zacząłem odkrywać inne miejsca , gdzie można podziwiać te samochody.   Gdy   po raz pierwszy zobaczyłem na "TV Polonia" film "Kochajmy syrenki" z Bohdanem Łazuką i Jackiem Federowiczem prawie oszalełem. Jeździli w nim Syreną 103 z silnikiem Mercedesa , w  którym to mechanicy pewnego warsztatu zamontowali go tam przez pomyłkę. Ten film widziałem w telewizji tylko raz. Po około dwudziestu latach w sklepie "Media Markt" kupiłem oryginalny  film na płycie CD. Mam go do dzisiaj. Filmów z udziałem Syren było jeszcze wiele , m.in."Kapitan Sowa na tropie". W odcinku "Numer IB 2968" głowna rola przypadła właśnie Syrenie 102. Pamiętam jeszcze "Kocie ślady" z Januszem Gajosem , gdzie jako oficer milicji porusza się Syreną 104. 
 
        Inne  moje trofea i skarby to "Instrukcja obsługi pojazdu Syrena 104" , którą wybłagałem kiedyś u taty w zakładzie pracy. Nie była wtedy nic warta bo było to chyba w 1989 roku , ale dla mnie to był skarb największy. Kiedy indziej wymieniłem swój zegarek na ksiązkę "Naprawa samochodu Syrena " Zdzisława Glinki. Dobrze , że moi rodzice o tym nie wiedzieli.

        Po latach Syreny całkiem wyginęły z ulic i pozostały mi tylko zloty w postaci corocznych "Bydgoskich Syreniad" , kupowane ksiązki m.in. fajna pozycja "Syrena" Tomasza Szczerbickiego oraz stare numery czasopisma "Motor" z badaniami drogowymi poszczególnych modeli tego samochodu.
 
         Myślę ,że na postawione na początku pytanie nie udało mi się dalej uzyskać odpowiedzi ,  ale mogę bez obaw stwierdzić ,że Syrena jest ważną częścią mojego życia .W mojej kolekcji      posiadam trzy jej modele. R20 i 104 ze "Złotej Kolekcji" DeAgostini oraz 102 z IST.  Zaprezentuję tylko pomarańczową "102" , gdyż jest ona najlepiej wykonana przez producenta. Modelik ten kupiłem na ostatniej Ogólnopolskiej Giełdzie Modeli Samochodów im. Sławoja Gwiazdowskiego w Warszawie , która odbyła się 8 marca tego roku , gdy Polska mogła się jeszcze pochwalić tylko jedną zakażoną koronawirusem osobą w Zielonej Górze. Miniatura była przeze mnie poszukiwana i udało mi się ją zakupić w rozsądnej cenie 70 złotych.